— Za pozwoleniem! — rzekł. — Z kim mamy przyjemność?...
Kobieta osłupiała.
— Jak to, nie poznajecie mnie, panie Janie?... Przecież ja jestem cioteczno-rodzona siostra Matyldy, Anna Stokowska... Prawda! — dodała po chwili z uśmiechem — już piętnaście lat, jakeśmy się nie widzieli... Od tego czasu zbiedniałam, zmizerowałam się w pracy, a pewnie i zestarzałam.
— To Andzia, Jasiu! — rzekła pani.
— Niechże pani spocznie... — odezwał się z bardzo wyraźnym tonem niezadowolenia i wskazał jej krzesło.
— Z największą chęcią! — odparła — ale pierwej muszę się przywitać... Meciu...
Pani, bardzo zakłopotana, wyciągnęła do niej lewą rękę.
— Chora jestem... Oto krzesło...
— A to twoja córeczka ta śliczna dziewczynka?... Uściskajże mnie, dziecino, ja twoja ciotka...
Na Anielce miłe wrażenie zrobiła gadatliwa kobiecina. Wstała z krzesełka i pobiegła z uśmiechem, aby ją ucałować.