Ale dziewczynka już uciekła, lękając się, aby jej kto nie spostrzegł.

Tegoż dnia wieczorem panna Walentyna pokruszyła wróblom na daszek podwójną porcję chleba. Potem rozparła się łokciami na krawędzi okna i widząc, że nie ma nikogo w bliskości, zanuciła fałszywie:

Kwiatki, powiedzcie jej

Cel duszy mej...

Czy tej, która swatała uczoną osobę z panem Saturninem? Nie wiadomo.

Śpiew ten, podobny raczej do kaszlu niż do wylewu uczuć miłosnych, dziwnie odbijał się od reszty otoczenia. Wesoły niegdyś pan domu był dziś smutny, najweselsza z wesołych, Anielka, także smutna, śpiewała zaś — osoba, z której ust nie słyszano dotychczas nic więcej oprócz gorzkich upomnień i wymówek.

Sądzić by można, że na tym świecie radość nie ginie nigdy. Tylko gdy w jednym sercu zaćmiewa się, w innym zapala.

Rozdział szósty. Szmulowa karczma

Była niedziela. Nad gościńcem, zwykle dość pustym, kłębił się kurz wznoszony mnóstwem wozów i nóg pobożnych, którzy wracali z kościoła. Chwilami było widać tylko szare niebo i płowy tuman ciągnący się jak dym pożaru; chwilami tuman zwracał się nagle w stronę miasteczka, odsłaniając długi szereg furmanek i pieszych. Tu migał biały koń na zielonym tle pola, tam biała płachta między ciemnotabaczkowymi sukmanami lub czerwona chusta obok granatowej kapoty.

Żywy ten łańcuch, który w ciągłym ruchu przerywał się nieustannie lub skupiał, w jednym miejscu biegł jak wąż, w innym jak strzała, a jeszcze w innym przedstawiał kilka bezładnie rozrzuconych ogniw, wpadał niby strumień do sadzawki w obszerne zbiorowisko ludzi i wozów. W tym miejscu nie było już widać barwy drogi, ale żółtą słomę, szare deski, tabaczkowe sukmany, kanarkowe kapelusze tudzież niewieście chustki i spódnice jaskrawych kolorów.