— I pięć mało...
W drugim końcu izby kto inny zabrał głos.
— Moi ludzie! — rzekł — widzi mi się, że Józef nie mają racji...
— Oho!...
— Dlaczego?...
— Eh! dlaczego?... Dlatego, że to, co moje, to moje, a co nie moje, to nie moje. Prawda, że nam co roku więcej dają, ale kto jego wie, czy za rok dadzą i trzy morgi? Dziedzic postąpił, bo chce sprzedać las, ale jakby się las spalił albo on wszystką ziemię sprzedał, to nowy może nic nie da. Józefowi dobrze gadać: „Czekajta” — bo ma trzydzieści morgów ziemi. Ale my, na których przypadło dziesięć mórg gruntu i są jeszcze dzieci dorosłe, nie mamy ich czym obdzielać. Cóż ja chłopca swego do lasu poszlę, żeby liście jadł? Jemu trzeba ziemi i chałupy...
— Ale cztery morgi wolelibyśta niż trzy?... — spytał Grzyb.
— Jużci, żebym wolał... — odparł jego przeciwnik.
— No, kiej wolicie, to trza czekać...
— Słuchajta mnie, ludzie! — zawołała żona kołtuniastego — nie podpisujta!...