— O!... widzicie ją, babę!...
— Zamknij gębę, wiedźmo, nie twoja rzecz...
— Ino czyja?... — wrzasnęła.
— A cóż to twój już umarł, żebyś ty za niego pyskowała?...
— Co on tam wie! — odparła. — Mnie słuchajta, bo ja mam rozum lepszy niż wy wszyscy...
— Czekajta ino, kumo! spróbujeta się z moim Józikiem, jak ze szkoły wróci! — wołała spod pieca baba ubrana po mieszczańsku.
— Cicho tam, baby!... A to czysta cholera, jak języki rozpuszczą!
Na ławę wlazł łysy Wojciech.
— Gódźta się, póki czas! — wołał. — Każdy będzie miał swój kawałek ziemi, a tak co wam z tego, że wasze bydlę po cudzym harcuje?... Lepszy swój zagon...
— Olaboga, Wojciechu! a dyć wy moje buty macie na nogach?... — odezwał się jeden z gromady.