— Nie zbliżaj się, gdyż jestem zdecydowana na wszystko!...

I spojrzała w błotnistą sadzawkę, do której z wielkim hałasem wskakiwały spłoszone żaby.

— Co się z panią dzieje, panno Walentyno?... Ja pani nie rozumiem... — spytał bardzo zdziwiony.

Panna Walentyna przeczuła w pytaniu tym swój triumf, który wydał jej się zbyt prędki i mało kosztowny. Krew zaszumiała jej w głowie, była natchniona i poczęła mówić, jakby przypuszczając, że słucha ją ukryty za wierzbą Saturnin.

— Pan śmiesz pytać: co mi jest?... Pan nie rozumiesz?... Nie rozumiesz tego, co dla kobiety uczciwej znaczy jej honor? Nie rozumiesz mnie po tylu dowodach wstrętu, jaki okazywałam panu?...

— Ależ pani... zastanów się...

— Zastanawiałam się! — przerwała mu z wybuchem. — Pan sądzisz, że spełnienie obowiązku nawet dla takich dusz, jak moja, przychodzi bez walki?... O, mylisz się!... mówię to panu tym śmielej, że walka zahartowała moje siły. Rozum i poczucie powinności stłumiły głos krwi i nerwów, tak, jak w panu...

— Panno Walentyno, pani się mylisz!...

— Co do pańskich zamiarów?... O, nie...

— Ależ ja chcę...