— Nic mnie nie obchodzą pańskie chęci! Jestem kobietą wolną, która ceni swój...

— Pozwólże mi pani przyjść do słowa... Błagam panią...

— Znam i ten podstęp! Używacie go zawsze tam, gdzie was mija łatwe zwycięstwo...

— Co pani myślisz, u licha?...

— Myślę, że przyszedłeś pan do mnie z niegodziwymi propozycjami, które wygnały stąd biedną Zofię...

— Ależ, moja pani! — przerwał już zniecierpliwiony — Zofia, której los tak cię wzburzył, była przede wszystkim młodsza...

— Ha, ha! — zaśmiała się tragicznie. — W oczach ludzi pańskiej sfery guwernantka mało co więcej znaczy niż młodsza. Wy na wszystkie patrzycie...

Pan Jan zakipiał z gniewu.

— Za pozwoleniem! — rzekł. — Mówię, że Zofia była młodsza, to jest młoda i — ładna, z panią zaś nie miałem bynajmniej zamiaru konferować ani o młodości, ani o piękności, lecz — o mojej córce.

Panna Walentyna chwyciła się obu rękoma za głowę i zachwiała jak pijana. Po chwili, rzuciwszy na dziedzica spojrzenie ranionej jaszczurki, syknęła: