— Jak matkę twoją kochasz, jak pragniesz jej zdrowia?...

— Tak.

— Więc pójdź ze mną.

Poszły na górę. Tam panna Walentyna wydobyła ze swej toaletki pąsowy, dość brudny kajecik i oddała go Anielce.

— Ucz się... czytaj to... pamiętaj o moich ptaszkach, które tu przychodzą do okna, a nade wszystko... ucz się...

Tak mówiąc, całowała jej usta i czoło.

— Niekiedy robiłaś mi przykrości, ale mniejsze niż inne dzieci, o! bez porównania mniejsze... Lubiłam cię, choć wychowanie twoje jest bardzo zaniedbane... No — bądź zdrowa i idź już sobie!... Książeczki mojej nie czytaj po zabawie, gdy będziesz wesoła, ale tylko wówczas, gdy cię smutek przytłoczy... i ucz się!...

Anielka wyszła, przyciskając do piersi książeczkę jak talizman. Każde słowo wyjeżdżającej nauczycielki miało dla niej znaczenie religijnego przepisu. Nie łkała, nie szlochała, tylko z oczu płynęły jej ciche łzy. Serce jej ścisnęły żelazne kleszcze smutku.

Chcąc schować książeczkę w najbezpieczniejszym miejscu, wydobyła ze stolika przy łóżku białe tekturowe pudełko, w którym leżał już srebrny galon z trumny babki, piórko kanarka, którego kot zjadł, i kilka zeschłych liści, nie wiadomo skąd wziętych. Tam postanowiła schronić pamiątkę po pannie Walentynie.

Machinalnie podniosła okładkę obdartego kajecika i zaraz na stronie odwrotnej znalazła zapisane ołówkiem, już wyblakłe następne słowa: „Zawsze myśl pierwej o spełnieniu obowiązków, a później o własnych wygodach”.