Nieco zaś niżej:
We środę dałam do prania:
Koszul dziennych 4,
–„– nocnych 2,
I tak dalej.
W godzinę później panny Walentyny już w domu nie było. Wyjechała ze wszystkimi rzeczami i kwitem na rubli pięćdziesiąt, które jej pan Jan miał wypłacić w ciągu tygodnia.
Matka Anielki rozchorowała się i leżała w łóżku. Ojciec nie jadł obiadu i kazał Jędrzejowi do powozika założyć konie.
Około czwartej wszedł do pokoju matki i zawiadomił ją, że musi koniecznie wyjechać do miasta.
— Miejże litość, Jasiu — rzekła pani słabym głosem. — Jakże można odjeżdżać nas w takiej chwili?... W całym domu nie będę miała ust do kogo otworzyć... Służba jest jakaś dziwna i chciałam cię właśnie prosić, abyś innych ludzi przyjął od świętego Jana.
— Zrobi się to — odparł mąż, patrząc w ziemię.