— Nie dotykaj — rzekł — zarazisz się...
Madzia gwałtem rzuciła mu się na szyję i zaczęła całować.
— Zdzisław!... Zdziś... kochany Zdziś!... Co ty mówisz?... co to znaczy?...
Gość nie bronił się, ale w taki sposób manewrował głową, ażeby Madzia nie mogła pocałować go w usta.
— No, dość już. Lepiej zapoznaj mnie z tym panem, który patrzy na nas jak na wariatów.
— Mój brat Zdzisław... Mój poczciwy przyjaciel, profesor Dębicki... — mówiła zdyszana Madzia.
Zdzisław podał rękę Dębickiemu i usiadłszy na kanapce rzekł sentencjonalnie:
— Nieprzyjaciele pójdą za naszym pogrzebem, ażeby sprawdzić, czy naprawdę umarliśmy i czy nas dobrze zakopano. Zaś przyjaciele idą, ażeby się zabawić.
Madzia patrzyła na niego zdumiona.
— Skąd się tu wziąłeś?... Co się z tobą dzieje?... — pytała.