Na drugi dzień o siódmej z rana wymknęła się z domu bez śniadania, z książką do nabożeństwa, a wróciła po dziesiątej rozmarzona.
Była u spowiedzi.
W mieszkaniu zastała list od brata wysłany z Granicy, napisany ołówkiem:
„Czuję się tak silnym, że jadę wprost do Wiednia. Całą noc spałem leżąc. Jestem stworzony na konduktora”.
Ale Madzi list ten nie pocieszył; przypomniał, że jej brat naprawdę był w Warszawie i że jest ciężko chory.
Zbudziło się w niej mnóstwo uczuć przykrych. Poczęła wyrzucać sobie, że Zdzisław wyjechał bez opieki; chciała gonić za nim i towarzyszyć mu ukryta w innym wagonie. To znowu przypomniało się jej, że nic nie robi, i truchlała na myśl, że ma przed sobą kilka dni bez celu i zajęcia, długich, pustych, zatrutych niepokojem.
„Gdyby to można przespać albo gdzie wyjechać!...”.
Około drugiej stróż przyniósł jej bilet wizytowy z napisem: „Klara z Howardów Mydełko”.
— Ta pani — rzekł stróż — pyta się, czy ma tu przyjść...
— Ależ proście... proście!...