„Co to znaczy?... — pomyślała przerażona dama. — Ależ ta guwernantka naprawdę opanowała mego męża...”.
Pani Korkowiczowej zrobiło się tak źle, że wstała od stołu i wyszła do gabinetu. A gdy córki i nauczycielka wybiegły za nią, rzekła do Madzi lodowatym głosem:
— Niech się pani mną przynajmniej nie zajmuje... Nic mi nie jest...
Madzia cofnęła się, a pani Korkowiczowa zawołała z gniewem do córek:
— Idźcie sobie, idźcie... do waszej nauczycielki!...
— Co mamie jest?... Cóżeśmy winne?... — pytały z płaczem obie dziewczynki widząc irytację matki.
Jak wszyscy ludzie gwałtowni, pani Korkowiczowa prędko ochłonęła i usiadłszy na swym fotelu rzekła spokojniej:
— Linka, Stasia... patrzcie mi prosto w oczy!... Wy już nie kochacie mamy... wy chciałybyście mamę wpędzić do grobu...
Dziewczęta rozszlochały się.
— Co mama mówi?... A kogoż my kochamy?...