— No, niech Stanisław gada prędko albo niech się wynosi...
— Nie bardzo komu przeszłoby przez gardło takie słówko — odparł. — To, co powiem, mówię tylko pani, bo niech ręka boska zachowa...
— Zwariowaliście!... Więc kto był?
— Nieboszczyk pan...
— W imię Ojca i Syna... Jaki nieboszczyk?...
— Nieboszczyk Latter.
— Przysięgam, że zupełny wariat!... — szepnęła gospodyni wpijając się wzrokiem w twarz Stanisława. — Alboście wy znali go?
— Nie znałem, alem trochę słyszał, o czym gadali z panią. Niewielem rozumiał, bo to po francusku...
— Więc wy rozumiecie choć trochę?
— Ba! jest się tyle lat na pensji!... Nie wszystkom słyszał, niewielem rozumiał, ale zawsze wiem, że to był mąż, pan Latter... Mnie się to i dawniej o uszy obijało, że on jeszcze chodzi po świecie, alem nie myślał, że ma wypełnione kieszenie... Przecie rzucić złotą sztukę nie byle kto potrafi...