„Czy oni mnie o co posądzają?...” — myślała przerażona.
Szczęściem, z drugiego końca korytarza nadbiegła panna Howard w białym peniuarze, z rozpuszczonymi płowymi włosami i roztrąciwszy zebranych schwyciła Madzię za rękę.
— Chodź, pani, do mnie — rzekła. — A wy — dodała surowo — na swoje miejsca!... Ja zastępuję przełożoną i gdy będzie potrzeba, dam objaśnienia.
W pokoju panny Klary Madzia upadła na krzesło i przymknęła oczy. Jej też zdawało się, że ściany wyginają się, a podłoga drży pod nogami.
— No i cóż ta nieszczęśliwa?... Gdzież ona jest?... — zaczęła zniżonym głosem panna Howard.
— Pani Latter wyjechała...
— Tylko mi pani tego nie mów, panno Magdaleno.
— Ależ z pewnością wyjechała.
— Dokąd?...
— Czy ja wiem?... Zapewne do Częstochowy, ale za parę dni wróci.