— W każdym razie jest mąż... Gdzie on jest?... — zawołał Mielnicki chwytając z kolei adwokata za ręce. — Gadaj, po co on tu przyjechał?...
Adwokat skrzywił się, lecz odprowadziwszy Mielnickiego w głąb pokoju zaczął coś szeptać.
— Jak?... — spytał szlachcic. — Aha! No?...
Adwokat znowu szeptał.
— Ależ niech podpisze!... Jednej chwili niech podpisze...
Nowa seria szeptów.
— E, co tam obrażona!... — odparł Mielnicki. — Pogniewa się, a potem podpisze.
I znowu szepty, po których nastąpiła konkluzja Mielnickiego:
— Tak!... a pięć tysięcy niech bierze, bo to się przyda dzieciom...
— Więc mogę liczyć na poparcie?... — spytał adwokat.