— Musiał słyszeć od panny Eufemii...
— Ona z nim nigdy nie rozmawia! — zawołała Madzia.
— O!... — westchnął Miętlewicz. — Ale mniejsza o nich... Panno Magdaleno, prawdaż to, że pani wychodzi za Krukowskiego?...
— Co pan mówi?... — zdziwiła się trochę obrażona Madzia. Lecz Miętlewicz miał tyle smutku w oczach, że uczuła litość i rzekła:
— Ani myślę wychodzić za pana Krukowskiego i... za nikogo...
Miętlewicz schwycił ją za rękę.
— Czy tak?... — spytał z uniesieniem. — Nie żartuje pani ze mnie?... Niech pani powie...
— Ależ daję panu słowo... — odparła zdziwiona Madzia.
Miętlewicz ukląkł przed nią i namiętnie ucałował jej ręce. Potem szybko zerwał się i mówił:
— Bóg panią wynagrodzi... Gdyby pani potwierdziła te plotki, za kwadrans nie żyłbym... U mnie tak: starosta albo kapucyn...