Zdzisław mówiąc to machnął ręką. Dębicki przypatrywał mu się i milczał.
Brzeski poszedł do swej walizy, wydobył sporą kopertę i podając ją profesorowi rzekł:
— Mam do pana prośbę. Tu jest moje świadectwo ubezpieczenia na dwadzieścia tysięcy rubli i kwity. Niech pan to weźmie do siebie. Gdyby mnie spotkała w drodze jaka nieprzyjemność...
Dębicki schował kopertę do kieszeni.
— Te pieniądze będą dla rodziców i młodszej siostry. Prócz nich mam trzy tysiące rubli gotówką, które chciałbym zostawić Madzi. W razie wypadku przyszlę na ręce pańskie przekaz... Już niech ona to ma... przyda jej się... I niech jej pan radzi, ażeby wyszła za mąż...
— Gdyby tylko chciała! — odparł Dębicki.
— Śmieszne są dzisiejsze panny — mówił Brzeski. — Każdej zdaje się, że jest powołaną do wielkich rzeczy, a nie wiedzą o tym, że największą sztuką jest wychować — zdrowe dzieci. Nie chcę, ażeby moja siostra zestarzała się na propagowaniu emancypacji!...
Niedługo wróciła Madzia z miasta. Dębicki pożegnał ich obiecując przyjść wieczorem.
— Kupiłam ci — prawiła Madzia — dwa trykotowe ubrania (ażebyś się nie zaziębił), sześć koszul, tuzin skarpetek i chustek...
Zdzisław uśmiechnął się.