— Pan Kotowski, jest.
— Poproś.
Pani Latter znikła w dalszych pokojach, a po chwili do gabinetu wszedł student. Był blady, miał obficie wypomadowaną głowę, na której mimo to podnosiło się kilka wicherków gęstej czupryny... Miętosząc w ręku czapkę kłaniał się i chrząkał.
Otyły jegomość, którego rumieńce miały teraz barwę popielatą, podniósł się z kanapy, wsadził obie ręce w kieszenie spodni i przypatrywał się figurze studenta oglądając po kolei jego wytarty mundurek, mizerną twarz i wypomadowane włosy. Nareszcie odezwał się grzmiącym głosem:
— No, i co mi pan powiesz?
— Pan mnie wezwał...
— Ja go wezwałem, paradny sobie!... Pan wiesz, przed kim stoisz?... Jestem Mielnicki, Izydor Mielnicki, opiekun i wuj Mani... panny Marii Lewińskiej... Cóż pan na to?...
Student pochylił głowę i machnął ręką, ale milczał.
— Widzę, że pan wymowny jesteś tylko w listach do pensjonarek.
— Niekoniecznie... — odparł student, ale pomiarkowawszy się milczał dalej.