— To przez Bandurską!...
— Nieprawda, bo to Lange!...
— Mnie panna Howard kazała...
— Trzeba przeprosić pana profesora...
— Prosić... Przeprosić!... Niech pani prosi!...
Madzia rzuciła swój haft na ziemię i wybiegła na korytarz.
Dębicki w futrze i czapce stał na połowie schodów trzymając się poręczy i ciężko dysząc. Madzia schwyciła go za ręce i łkając zapytała:
— Co panu jest?... Dlaczego pan wychodzi?...
— Nic. Przypomniano mi, że powinienem wziąć się do spokojniejszego zajęcia — odparł ze smutnym uśmiechem.
— Ależ, panie... niech pan wróci... — błagała Madzia, coraz mocniej ściskając go za ręce. — One tak proszą... bardzo proszą!...