— Plenipotent Solskiego, pan Mydełko... — szepnął Zgierski do panny Howard.
Już panna Malinowska zwróciła się ku drzwiom, gdy zastąpił jej drogę stary szlachcic.
— Przepraszam panią — rzekł — jestem Mielnicki, wuj jednej z tutejszych uczennic i przyjaciel... prawie powinowaty pani Latterowej. Dziś po to właśnie przyjechałem, ażeby gwałtem zabrać Latterową na wieś, no... ale nie zastałem jej... Tymczasem pani wspomina o liście od niej...
— Tak — odparła panna Malinowska.
— Czy nie pisała do pani, dokąd jedzie?... — pytał szlachcic wzruszonym głosem.
— O tym nie wiem. Otrzymałam kartkę około dziesiątej wieczór przez posłańca z banhofu kolei petersburskiej.
— Aha!... — krzyknął szlachcic strzelając z palców.
— Mówiła pani — rzekła gniewnie panna Howard do Madzi — że pojechała na dworzec wiedeński?...
— Widziałam... — wtrąciła zarumieniona Madzia.
— Ona do mnie pojechała... do mnie, na wieś!... — wykrzykiwał Mielnicki. — W tej chwili jadę na kolej, a za parę godzin zobaczę się z panią Latter... Widocznie minęliśmy się w drodze...