Nagle — serce uderzyło jej śpieszniej: za wysokimi drzwiami, które łączyły czy oddzielały ten pokój od sąsiedniego, usłyszała żywą rozmowę. Prowadziły ją dwa głosy: ładny kontralt kobiecy i — nienaturalnie przytłumiony głos męski.
— Ty tego nie zrobisz, Franiu, jeżeli mnie choć trochę kochasz!... — mówiła kobieta błagalnym tonem.
— Owszem, zrobię!... — irytował się mężczyzna. — Niech małpa raz dowie się, co to jest obrazić artystkę, która polotem ducha, subtelnością uczuć, talentem...
— Zaklinam cię, Franiu, pójdź jutro, gdy uspokoisz się...
— Nie — spadnę na nich dziś... zaraz... natychmiast... jak piorun...
Rozległo się niby szamotanie, potem odgłos pocałunków i znowu mówiła kobieta:
— Dobrze, więc dziś! Ale jeżeli mnie choć trochę kochasz, zrób pierwej, o co cię proszę...
— Ciekawym?... Chociaż to nie zażegna katastrofy...
— Pójdziesz do niej za godzinę... Daj mi słowo, że dopiero za godzinę... Franiu.
— Kobieto, zastanów się!... Jakżeż ja mogę iść dopiero za godzinę, kiedy nie mam zegarka?... — wysyczał mężczyzna głosem duszonego człowieka.