— Więc zróbmy tak. Wyjdź za miasto, za kościół... Wiesz, tam, gdzie wczoraj tak pięknie deklamowałeś W Szwajcarii...
— Co za deklamacja z taką chrypką!...
— Cudownie deklamowałeś, mówię ci... Idź więc tam, potem wróć, a ja tymczasem zrobię obiad...
— Z czego?... — zdziwił się mężczyzna.
— Mamy przecież złoty i groszy siedem... Kupię jaj, bułek... jest sól i herbata...
— A cukier?
— Może nam pożyczy gospodyni... Tylko idź i... potem zrobisz, co zechcesz, ale aż po obiedzie.
— Zdepczę babę!... zmaltretuję!... opiszę w gazetach!...
— Ach, po co ja ci to powiedziałam...
Znowu pocałunki i szelest, jakby się ktoś ubierał. Po chwili mężczyzna wyszedł deklamując w sieni schrypniętym głosem: