— Czyliż to potrzebne?... — szepnął z kolei pan Ludwik. — Ja już wiem wszystko...

— Wie pan?... A kto panu powiedział?...

— Oczy pani... Ach, te oczy!...

Madzia wyrwała mu się spod ramienia i stanąwszy na ścieżce klasnęła w ręce.

— A to wypadek! — zawołała tonem szczerego zdumienia. — No, daję panu słowo, że przez cały czas myślałam: czy też on zgadnie, co ja mu chcę powiedzieć?... To może pan nawet wie, jak się nazywają?...

— Kto?... — zawołał pan Ludwik rozkładając ręce.

— No, przecież ci, którzy mają dać koncert: Stella i Sataniello. On nazywa się Sataniello i z pewnością będzie grał na wiolonczeli, bo ją pan Miętlewicz wykupi....

— O czym pani mówi, panno Magdaleno? — spytał pan Krukowski. Doznał w tej chwili uczuć człowieka, który idąc pędem — nagle zaniewidział.

„Co się ze mną dzieje?...” — pomyślał i potarł czoło.

— Mówię o tym koncercie — odparła Madzia.