— O, wcale nie, bo już umiem pogardzać... Niech się żeni z tą Mongołką...
— Kto z kim?... — zapytała Madzia blednąc.
— Kazimierz z Adą Solską... — odparła Zosia.
— Któż ci znowu mówił o takich dzieciństwach?...
— Nikt nie mówi, bo nikt nie wie, tylko... moje serce przeczuwa... O, nie na próżno oni siedzą w Zurychu...
Zapukano do drzwi. Dziewczynki rozpierzchły się jak wróble przed jastrzębiem. Ukazała się pokojówka zapraszając Madzię na śniadanie.
W pokoju przełożonej Madzia zetknęła się ze staruszką białowłosą i szczupłą, ale bardzo ruchliwą.
— Jestem tutejsza gospodyni — rzekła wesoło staruszka — i w zastępstwie córki proszę panią...
Staruszka była podobna do doktorowej Brzeskiej, więc wzruszona Madzia ucałowała jej ręce.
— Niechże pani siada... przepraszam, ale nie pamiętam nazwiska?...