— Nie przyjdziesz do mnie?... — zawołała Madzia z żalem.
— Nie mogę... dziś mój dyżur...
— A ja z wami nie mogłabym pójść na spacer?... — zapytała tonem prośby.
— Czy ja wiem?... — odparła panna Żaneta robiąc jeszcze bardziej zafrasowaną minkę. — Poproś panny Malinowskiej... może pozwoli...
— To już do widzenia się... — rzekła Madzia ze smutkiem.
Bardzo jej było źle w tym jasnoniebieskim pokoju, ale jeszcze gorzej bała się prosić przełożonej. Ona taka zajęta... a jeżeli odmówi albo pozwoli z niechęcią?...
— Możeś ty chora?... — spytała nagle panna Żaneta. — Powiem, a doktór zaraz przyjdzie...
— Na Boga, Żanetko, nie mów nic!... Mnie nic nie jest...
— Bo masz taką dziwną minę?... — rzekła panna Żaneta i pożegnała Madzię, lekko wzruszając ramionami.
Po wyjściu koleżanki Madzia znowu została sama ze swymi myślami, które ją tak dręczyły, że zdobyła się na krok bohaterski. Opuściła pokój, przebiegła korytarz na palcach, oglądając się jak człowiek, który ma spełnić przestępstwo, i znalazłszy w garderobie matkę przełożonej rzekła zarumieniona: