Drobne te przypadłości wydały się jej tak niepokojącymi, że przestała obawiać się, ażeby jej nie zabito, a natomiast ciągle siedziała przed lustrem, zapowiedziawszy sługom, że mogą robić, co im się podoba, byle ją zostawili w spokoju. W tych czasach nie myślała ani o Ramzesie, ani o nienawistnej Sarze; cała jej bowiem uwaga była zajęta — plamami na czole, których nienawykłe oko nie mogłoby nawet dostrzec.
„Plama... tak, są plamy... — mówiła do siebie pełna bojaźni. — Dwie... trzy... O Astoreth, przecie w taki sposób nie zechcesz ukarać swej kapłanki!... Lepsza śmierć... Ale co znowu za głupstwo... Gdy czoło pocieram palcami, plamy robią się czerwieńsze... Widocznie coś mnie pokąsało albo namaściłam się nieczystą oliwą... Umyję się, a do jutra plamy zginą...”
Przyszło jutro, ale plamy nie zginęły.
Zawołała służącą.
— Słuchaj — rzekła — spojrzyj na mnie...
Lecz powiedziawszy to, usiadła w mniej oświetlonej części pokoju.
— Słuchaj i patrz... — mówiła zduszonym głosem. — Czy... czy na mojej twarzy widzisz jakie plamy?... Tylko... nie zbliżaj się!...
— Nie widzę nic — odparła służąca.
— Ani pod lewym okiem?... ani nad brwiami?... — pytała z wzrastającym rozdrażnieniem Fenicjanka.
— Niech pani raczy łaskawie usiąść boskim obliczem do światła — rzekła służąca.