— Zdaje mi się, panie Leśniewski, że ten chłopczyk jest bardzo żywego usposobienia? — rzekła melodyjnym głosem pani hrabina do mego ojca.
— Łajdak!... podpalacz!... zepsuł mi klucz od spichrza! — odparł ojciec, a potem prędko dodał:
— Upadnij do nóg pani hrabinie, ty łotrze!...
I lekko popchnął mnie naprzód.
— Macie mnie zabić, to zabijcie, ale ja tam nikomu nie będę padał do nóg — odpowiedziałem, nie spuszczając oka z pani, która zrobiła na mnie dziwne wrażenie.
— Chy!... Jezu... — jęknęła zgorszona Salusia, składając ręce.
— Uspokój się, mój chłopczyku, bo tu nikt nie zrobi ci krzywdy — rzekła pani.
— Aha! nikt!... Niby ja nie wiem, że mi strzelicie w łeb... Przecie mi to obiecał organista! — odparłem.
— Chy!... Jezu... — zawołała po raz drugi klucznica.
— Hańbi moją starość — odezwał się ojciec. — Trzy skóry bym z tego gałgana zdarł i posolił, żeby go pod swoją obronę nie wzięła pani hrabina.