W końcu już mi się i jeżyn odechciało. Czułem, jak łagodnie unoszą mnie krzaki, widziałem każdą chmurkę, z wolna sunącą się po błękicie, słyszałem szelest każdego liścia, alem sam nic nie myślał.
Nagle coś szarpnęło mnie. Zerwałem się na równe nogi, nie pojmując, co się dzieje. Przez mgnienie było cicho jak i pierwej, lecz w tejże chwili usłyszałem płacz i krzyk Loni:
— Zosiu!... Panno Klementyno!... na pomoc!...
Jest coś strasznego w krzyku dziecka: „Na pomoc!...”. Przemknęły mi przez głowę wyrazy: żmija! Tarnina chwytała mnie za odzież, oplątywała nogi, szarpała, odpychała, nie!... ona mocowała się ze mną, biła się ze mną jak żywy potwór, a tymczasem Lonia wołała: „Na pomoc!... Boże, mój Boże!...” — a ja rozumiałem tylko jedną rzecz, jasną jak słońce, że tu muszę dać pomoc albo sam zginąć.
Zmęczony, podrapany, a najbardziej — przerażony, przedarłem się w końcu do tego miejsca, gdziem słyszał płacz Loni.
Siedziała na krzaku drżąc i załamując ręce.
— Loniu!... co tobie?... — zawołałem do niej pierwszy raz po imieniu.
— Osa!... osa!...
— Osa?... — powtórzyłem rzucając się ku niej. — Ukąsiła cię?...
— Jeszcze nie, ale...