— A tak... tak!... — śmiał się Geist. — Nawet jeden z moich przyjaciół akademików729 nazwał to „komprymowaną730 platyną”... Dobry wyraz, co? na oznaczenie metalu, którego ciężar gatunkowy wynosi 30,7 g... Oni tak zawsze. Ile razy uda im się wynaleźć nazwę dla nowej rzeczy, zaraz mówią, że ją wytłomaczyli na zasadzie już poznanych praw natury. Przepyszne osły... najmędrsze ze wszystkich, jakimi roi się tak zwana ludzkość... A to znasz? — dodał.
— No, to jest sztabka szklana — odparł Wokulski.
— Cha! cha!... — śmiał się Geist. — Weź do ręki, przypatrz się... Prawda, że ciekawe szkło?... Cięższe od żelaza, z odłamem ziarnistym, wyborny przewodnik ciepła i elektryczności, pozwala się strugać... Prawda, jak to szkło dobrze udaje metal?... Może chcesz je rozgrzać albo kuć młotem?...
Wokulski przetarł oczy. Nie ulega kwestii, że takiego szkła nie widziano na świecie.
— A to?... — spytał Geist pokazując mu inny kawałek metalu.
— To chyba stal...
— Nie sód731 i nie potas732?... — pytał Geist.
— Nie.
— Weźże do rąk tę stal...
Tu już podziw Wokulskiego przeszedł w pewien rodzaj zaniepokojenia: owa rzekoma stal była lekką jak płatek bibułki.