— Bóg zapłać, panie Walenty — mruknął Jakub, zapewne pierwszy raz od dni kilku.
— Coście wy się tak już z tydzień nie pokazywali?... Gadają ludzie, że u was w chałupie bida, hę?...
— Jużci, że bieda — odparł Jakub. — Roboty nie mam.
— Roboty... Kto ją ta ma? Tak samo jak pieniędzy; tylko Żydy i wielkie panowie mają... No, chodźta do cukierni.
Z tymi słowy wprowadził Jakuba do szynku, gdzie oprócz właściciela, Żydka z bardzo chytrą miną, siedział a raczej drzemał wsparty o dużą kufę jakiś jegomość w pomiętym kapeluszu i wypłowiałym surducie, którego barwy, najjaśniejsze przy kołnierzu, na plecach przechodziły w kolor musztardowy, a około kieszeni w ciemnotabaczkowy.
— A wa... nasz pan Jakub... — wykrzyknął Żyd. — Taki gość... Chyba węglem w kominie zapisać?... Co sze to z panem Jakubem rabiało?...
— Niech no Jankiel spagatówki tu postawi, ino prandko — zakomenderował Walenty.
— Pan Jakub jesce robi u mulaze?...
— Aha! Robi!... Zleciał na łeb z rustowania i tera ameryture dostał... No, prandzy wódki... — odparł Walenty.
— A pyniędzy?... — spytał Żydek, zakładając ręce w tył i chwiejąc się na rozkraczonych nogach.