— Jakie pieniądze?... A bez pieniędzy to nie łaska? Ja funduję... — huknął pan Walenty.

— Pan Walenty funduje?... Ny, to z tegie chlebie, to z tegie mąkie... No, nic nie będzie z tegie... — zakonkludował Jankiel.

— A... A... panu Walentemu... — ocknął się wypłowiały jegomość spod kufy. — A... moje uszanowanie... Cóż to za obdartus z panem Walentym przyszedł?... Niechże mam honor poznać...

— To mój kamrat — odparł stróż. — Pan Jakub, co był u mulazy, ale rozbiuł się i tera roboty suko...

— Ha, ha... roboty w szynku? Głupstwo robota, w całej Europie nie znajdzie roboty, tylko wódkę, wódkę, jeżeli ma pieniądze... Jankielu, mój szczupaczku, a daj-no mi tam kieliszczynę...

— Znowu na burg16?... — spytał Żyd płaczliwie. — Już mi pan Ignac tyle od rana winien i jesce chce?...

— Com ci od rana winien, ty psi flaku?... Ja?... Tobie? Winien?...

— Moze nie?... Pan Ignac z samego rana zjadł obazanek, potem wódki wypiuł, potem znowu wypiuł, i znowu zjad, i znowu wypiuł ze dwa razy, i znowu chce pić?

— Panie Ignacy — zaczął Walenty — ja sobie myślę, może by pan Jakubowi jaką prośbę wystafirował17 do państwa, zeby choć trochę ciekowi dopomóc...

— Prośbę?... Temu obdartusowi?... — dziwił się pan Ignacy, widocznie bardzo pobłażliwy na usterki swojej garderoby.