— To się na diabła nie zdało... Mnie zapytajcie, co prośby znaczą, mnie... bom ja sam chodził z listem, gdzie było napisano... Wódki, psia wiaro...
— Nima wódki... — odparł Żyd.
— W liście moim — ciągnął pan Ignacy — stało wyraźnie napisano, jako ja, Ignacy, od urodzenia głuchoniemy, a przy tem zbankretowany18 majster, polecam się wzglę... względom Jaśśśnie Wielmożnych i Wielmożnych państwa... I co myślicie?... Może myślicie, że oni wspomagają kogo?... Sto diabłów tam... Oni umieją wyzywać tylko od pijaków... Mnie... Mnie.... samego nazwali pijakiem... Wódki, bydlęcy ogonie... bo cię zabiję, spalę, zaskarżę... Hup!...
W tej chwili wpadła do szynku jakaś zaperzona kobiecina z okrzykiem:
— Ty znowu w szynku, nicponiu, znowu?... A ja ci tu...
— Magdziu... Magdusiu... — zaczął zdetonowany19 Walenty. — Ja nic... Ja tylko z Jakubem...
— Z Jakubem?... — wrzasnęła żona. — I ty się nie wstydzisz chodzić z Jakubem, co jest gorszy od dziada, i bo sam nie ma co jeść, i jeszcze dzieciom chleb odbiera?...
To powiedziawszy, schwyciła męża za kołnierz.
— Waluś... Nie daj się, mój cynaderku... — zachęcał go pan Ignacy.
— Jeszcze i ty, pijaku, i ty?... Ja wam obu sprawię! — I po tej groźbie zepchnęła męża i pana Ignacego ze schodów na ulicę, rozdając między obu z wielką wprawą po parę kopnięć nogą, od której na surducie pana Ignacego bardzo wyraźny ślad pozostał. Jakub wyszedł za nimi.