— Fiuuu... jaka jędza! — zwrócił się do biedaka Ignacy, gdy już małżeństwo znikło im z oczu. — Prawdziwa łaska Boża, żem jej w moje ręce nie dostał... Fiuuu...
Tak pogwizdując i zataczając się, schwycił pod rękę Jakuba i pociągnął go za sobą.
— A jak ci tam, moja miętóweczko? — zaczął.
— Jakub — odpowiedział oszołomiony biedak.
— Otóż widzisz, mój Ja... Jasiu, powiem ci tyle, żeś głupi, kiedy szukasz roboty... Robota to nie dla takich, jak ty, robota to głupstwo i wszystko głupstwo...
Przy tych słowach blada i napuchła twarz pijaka okazywała wielkie zmartwienie.
— Powiadam ci... — prawił dalej — jak ci tam?...
— Jakub.
— Powiadam ci, mój Jacusiu, wszystko głupstwo. I to słońce... a psik! Ja zawsze kicham, ile razy spojrzę na słońce... Głupstwo słońce, i ziemia, i domy, i bogactwa... Taki, powiadam ci, człowiek z edukacją, jak ja, utrzymać się nie może, a dopiero ty?... O zaślepienie ludzkie! Ale... jakże ci tam, bo ciągle zapominam?...
— Jakub.