— Ale widzisz, pożycz mi pół rubelka, nic więcej, niech cię Bóg broni... bo... ja nie wziąłem ze sobą...
— Albo ja mam... Skądbym ja wziął! — odpowiedział smutnie Jakub.
— Nie masz?... Fiu. A chciało ci się prośbę pisać?... Fiu... A chce ci się z porządnymi ludźmi pod rękę chodzić?... Dla Boga! I ten bezecny Walek zaznajamia mnie z takim hołyszem21?... Bywaj zdrów, Jacusiu. Muszę wstąpić do cukierni... Może jest kto znajomy... Adiu22...
Z tymi słowy pan Ignacy wbiegł do nowego szynku i upadł na ławę, pozostawiając Jakuba na ulicy, zwróconego twarzą ku Wiśle, do której stąd było zaledwie kilkaset kroków.
*
Jakim sposobem trafił, kiedy zasnął i jak długo spał Jakub, trudno zgadnąć; dość, że około zachodu obudził się pod szychtami23, wprawdzie rozgorączkowany, lecz spokojniejszy i przytomniejszy, niż zwykle.
Spał na śmieciach, które rozgrzebywało kilka kur i prosię, tuż koło niego i nie zważając na niego, jak na rzecz martwą. Lecz Jakub był na to obojętny. O kilka kroków od siebie widział on starą i poplamioną, lecz jeszcze dość całą czapkę, z której mógłby zrobić bardzo miły podarunek dla swego syna, nie podniósł jej jednak, tak jakby nie podniósł w tej chwili i woru ze złotem.
Poniżej swego ohydnego posłania dostrzegł on dwóch chłopców, widocznie nie znających się z sobą, z których mniejszy rzucał kamienie na wodę, wyższy zaś zdawał się rozmyślać nad sposobem zawarcia z nim znajomości. Jakub uczuł dziwną sympatię dla tych dwóch wyrostków, chętnie by nawet porozmawiał z nimi, tylko że nie mógł jakoś zebrać się na wypowiedzenie pierwszego słowa; milczał więc i słuchał.
— Hej tam!... — zawołał nagle wyższy — a nie przestaniesz rzucać, hę?...
— No, abo co? — odparł niższy.