Najstarsze z obdartych dzieci, które na widok gospodarza kryły się między gnijącymi belkami, pobiegło na schody.
— To jego dzieci? — spytał Lajzer.
— A jego — odparł Marcin. — Troje na dole, a dwoje chorych w izbie.
— A wa! — mruknął Żyd, i pochyliwszy głowę, począł przysłuchiwać się rozmowie na górze.
— Gdzie wczorajsze kartofle, co były w rynce... Co? — pytał gniewnie głos kobiecy.
— A bo ja wiem... matusiu — odpowiedział z pewnym wahaniem głos dziecinny.
— Łżesz, boś sam zjadł w nocy; Józia cię widziała... Ja ci dam...
— Jak Boga kocham, matusiu... żeby mi ręce i nogi połamało... żeby mnie cholera... — piszczał chłopak przy akompaniamencie uderzeń.
— A masz!... A masz!... — krzyczała kobieta. — To będziesz łgał, będziesz kradł... będziesz się przysięgał?... A masz!...
Każdemu wyrazowi towarzyszył trzask mokrej ścierki, upadającej na różne części ciała chudego i brudnego chłopca, który zanosząc się od płaczu, mówił: