Gospodarz spojrzał po izbie, gdzie wszyscy jej mieszkańcy znajdowali się w komplecie. Troje chudych, z nadmiernie wielkimi brzuchami dzieci kryło się między balią a stołem, zarzuconym mokrą bielizną. Czwarte, okryte jakimś czarnym łachmanem, leżało na łóżku, piąte w drewnianej pace na słomie, a ich nędzny ojciec z rozczochranym włosem, najeżonymi wąsami, z bojaźnią w oku stał oparty o komin, obok ciekącej konewki, na której siedział przed chwilą.

Poważną twarz Żyda przebiegł dreszcz wzruszenia.

— Co tamtemu? — spytał już łagodniej, wskazując pakę.

— Coś kaszle, panie gospodarzu — odparła matka.

— A temu co? — ciągnął, wskazując łóżko.

— To dziewczyna, oparzyła się niechcący ukropem.

— A wa!... — syknął gospodarz, i zwracając się do Jakuba, dodał:

— A jak z wami, Jakubie?

Biedak wstrząsnął głową, skurczonymi palcami podrapał komin, lecz milczał.

— No, odpowiedzże panu gospodarzowi — wtrąciła żona.