Jakub poruszył ustami, wlepił niespokojnie swoje okrągłe oczy w twarz gospodarza, lecz znowu milczał.
— Zostańcie z Bogiem — szepnął Żyd i nagle opuścił izbę.
— Niech Pan Bóg prowadzi! — odpowiedziała kobieta, wychylając się przez poręcz za schodzącym gospodarzem, którego w sieni zatrzymał bednarz pytaniem:
— A cóż, panie Lajzer?...
— Niech go Bóg ratuje, to bardzo biedny człowiek... — odparł Żyd i poszedł dalej.
*
— No, Bogu dziękować — mówiła pani Jakubowa, znęcając się nad jakimś podejrzanej formy szmatem7, który gwałtownie i rytmicznie targała prawą ręką, przycisnąwszy go lewą do dna napełnionej wodą balii. — No, Bogu dziękować, szczęśliwieśmy dzień zaczęli. Woda gorące je, mydło je, roboty mamy na jakie pół rubla i gospodarz ustatkował się na jaki miesiąc. Franek... nie grzeb patykiem w kominie, bo jeszcze co zmalujesz. Za parę dni u sklepiczarki umyję podłogę, to nam może znowu zacznie borgować8, a może i przyśle swego siestrzanka, co to je u felczera9, żeby Józi poradził... Maniusiu, weź się do kartofli... Franuś, a biegaj do sklepiku i wyproś bułeczkę chleba, to się odda pojutrze... Moszkowa gadała, że ten siestrzanek to zdatniejszy od innego doktora, więc może by on i tobie, stary, co poradził...
— Oj matusiu... Tak mnie kole... — szepnął chłopak w pace i zakaszlał.
— Niech kole, to i ty jego kol!... Co ja tobie poradzę? — odparła kobieta. — Posłuchaj, stary — zwróciła się do osłupiałego męża — ot widzisz, przecie to i twoje dzieci, pomóż-że im. Oj, bodajem ja była pierwej oślepła, niżem wyszła za ciebie!..
W tej chwili zatrzeszczały i zadudniły schody, a na progu izdebki ukazała się jakaś kobieta, jeszcze młoda, lecz wynędzniała i ubogo ubrana.