— Moja złocista pani Jakubowo — zawołała przybyła — a oddajcież co prędzej statki10, bo mi stara chyba łeb ukręci...

— Statki?... — spytała przerażona praczka. — Statki?... A jakże ja dokończę?...

— Cóż ja na to poradzę, moiście wy... Pókim mogła, pótym wam w sekrecie pożyczała, ale jak się wydało, stara ani słyszeć o was nie chce... Woła, że pójdzie do cyrkułu11, wyzywa od złodziei i powiada, że jak jej w moment nie oddacie balii i sagana12, to wam policjantów naśle z całej Warszawy...

Praczka schwyciła rękoma za krawędź balii.

— Nie dam balii... Nie dam sagana... Nic nie dam!... Ja tu nigdzie statku nie dostanę, a w domu nie ma co jeść i robota pilna..

Przybyła załamała ręce.

— Bójcie się Boga, co wy gadacie?... To za moje dobre serce chcecie, żeby i mnie, i was do cyrkułu powiedli... kumo...

Dzikie uniesienie biednej matki we łzy się rozpłynęło. Cóż miała robić? jak mogła nie oddać rzeczy, które nie były jej własnością?... To też nie dziw, że po kilkuminutowych prośbach i zaklęciach, sama wreszcie wydobyła mokrą bieliznę z balii i sama pomogła wylać z naczyń do rynsztoka13 wodę gorącą, dla której przechowania nawet Marcin, poczciwy bednarz, nie mógł jej statku wynaleźć...

Drobny ten na pozór wypadek obezwładnił biedną kobietę, która siadłszy na jedynym stołku w izbie i ukrywszy twarz w fartuch, zaniosła się od płaczu.

— Ot tobie, stary, żona, ot tobie dzieci — wołała, szlochając. — Chciało ci się żenić, masz teraz... Wszystko się wali na moją biedną głowę, a jakąż ja radę dam, kiedy z izby ostatni żeleźniaczek14 i balijka między Żydy już poszły...