Grało coś bardzo pięknie, ludzie chodzili tłumem, śmiejąc się i rechocząc, choć już była taka noc wielka, że we wsi słyszałbyś tylko wołanie upiora i ujadanie strwożonych psów.
Michałko nie zasnął. Inżynier kazał mu dać funt kiełbasy i bułkę chleba, a potem — przepędzili go na inny wagon, który wiózł piasek. Było tu miękko, jak w puchu. Ale chłop nie kładł się, tylko siedział w kuczki, jadł kiełbasę z chlebem, aż mu oczy wyłaziły na wierzch, i myślał;
— Nie bój się, jakie to są dziwne rzeczy na świecie!...
Po kilkugodzinnym postoju, nad ranem, pociąg ruszył, i jechali truchtem. Na jednej stacji, wśród lasu, zatrzymali się dłużej, a brekowy powiedział chłopu, że inżynier pewnie wróci nazad5, bo przyszła po niego depesza.
Istotnie inżynier zawołał do siebie chłopa.
— Ja muszę jechać na powrót — rzekł.
— A ty sam czy puścisz się do Warszawy?
— Bo ja wiem! — szepnął chłop.
— No, przecie nie zginiesz między ludźmi?
— Komu ja, panie, zginę, kiedy nie mam nikogo?...