Teraz słychać nawet oklaski; jeden... drugi, i otóż rozpoczyna się rzęsiste brawo, w którym biorą udział ręce kilku osób i fizjognomie kilku innych...

Ale płynący znajomi nasi, prawie że nie zważają na tę rozrywkę bliźnich, pozostałych na brzegu, bo błyskawice świecą i grzmoty huczą ze wszech stron. To też pełen godności Radca i majestatyczna Radczyni modlą się gorliwie, biedna Mania ledwie hamuje łzy, a wykwintny Karol?...

Wykwintny Karol, siedząc na brzegu łodzi i drżąc na całym ciele, ostrożnie wydobywa z kieszeni duży składany nóż i... puszcza go w wodę!...

— Panie! — woła ktoś siedzący z tyłu — panu coś wypadło... Czy nie klucz?...

— To nóż — objaśnia ktoś drugi.

— Dobrze zrobił — chwali trzeci — znać wie, że w czasie burzy źle chodzić z żelastwem....

Podróżni zaczynają się śmiać, uśmiechają się nawet Radca i Radczyni, uśmiecha się i smutna Mania, a pan Karol wygląda tak, jakby chciał za swoim nożem pójść w wodę.

Nareszcie wylądowali; czas już był wielki, bo połowa nieba sczerniała jak węgiel i dmuchnął wicher gwałtowny. Szczęściem, spotkano dorożkę, która za stosowną zapłatą podjęła się odstawić znajomych naszych do domu.

*

Dobrą już godzinę syczał w mieszkaniu Radcostwa samowar, nim z burzą spadli państwo mogli z usług jego skorzystać. Razem z wejściem ich w bramę, lunął deszcz i zahuczały pioruny, uprzejmy więc gospodarz musiał zaprosić wielbiciela swej jedynaczki na wieczór.