Lecz obecność eleganckiego Karola nie ożywiła bynajmniej towarzystwa. Radczyni mruczała pacierz, Radca opatrywał okna, Mania wzdychała, a wykwintny ich gość pił herbatę, jeżeli szczękanie zębami o brzeg szklanki może się nazwać piciem.
Wtem na schodach usłyszano łoskot...
Na ten odgłos panna Maria zerwała się od stołu, pan Karol zsiniał, a w otwartych drzwiach ukazał się...
— Adolf! — zawołała panna.
— Adolf! — powtórzył Radca z małżonką.
Trudno zgadnąć, czy to skutkiem nagłego zjawienia się bladego kuzyna, czy też skutkiem prawie współczesnego uderzenia piorunu, elegancki Karol stracił zupełnie przytomność. Fioletowe usta jego były otwarte, oczy szklane.
— Tak późno, kuzynku!... — szepnęła z najsłodszą wymówką panna.
— Nie mogłem wcześniej, bom musiał wysuszyć kamasze, które mi „ten pan” rzucił w błoto — odpowiedział chłodny Adolf, wskazując zmartwiałego Karola.
— W błoto?... A to jakim sposobem?... — pytał zdumiony Radca.
— Czekając na mego przyjaciela, zdjąłem kamasze, bo mnie piekły, i zdrzemnąłem. Wtedy „ten pan” przyszedł, obejrzał mnie, a myśląc zapewne, że śpię...