Spory kawałek czasu upłynął, nim p. Adolf, wyminąwszy wiele ogrodów, gaików, pól i łączek, na których: „pod wszelką odpowiedzialnością lub karą policyjną zabrania się chodzić lub wydeptywać trawę”, znalazł wreszcie rezydencję chorego przyjaciela, a przed nią małego kota z sierścią bardzo dokładnie oskubaną przez psy, kilka prosiąt również oskubanych i starą kobietę, stojącą z rękoma założonymi na brzuchu. Nastąpiła wymiana pytań i objaśnień:

— Czy tu mieszka pan X?...

— Może i tu, abo co? — zagadnęła kobieta.

— Chciałbym się z nim zobaczyć.

— Tera nie można, bo pan wyszed do lasu.

— A możebyście go poszukali?

— Kto go ta bandzie sukoł!

— A czy prędko wróci?...

— I tego nie wiadomo. Moze prandko, a może nie prandko, kto go ta wi!...

Po długich certacjach16, w ciągu których dobra kobiecina wyraziła obawę, aby domu przy święcie nie okradziono, znalazł się wreszcie posłaniec po chorego przyjaciela, a p. Adolf, zaleciwszy, aby go w stosownym czasie wezwano, odsunął się dla chwilowego odpoczynku, o kilkadziesiąt kroków od domu między zarośla. Jakoż prędko wynalazł odpowiedni pagórek, zdjął nieco przyciasne kamasze i zwróciwszy twarz ku niebu, wpadł w głębokie zamyślenie, połączone z głośnym chrapaniem.