— Mam lecieć do Zygmunta za ten pantofel? — zapytała baba.
— Rozumie się! — odparł pan Łukasz. — Przecie nie darmo.
Baba, choć nędzna, oburzyła się.
— O, ty kutwo! — krzyknęła — a weźże sobie ten łach do piekła...
I rzuciła pantofel z taką siłą, że przeleciał przez kratę, świsnął nad głową panu Łukaszowi i upadł na stół okryty zielonym suknem.
Pan Łukasz obejrzał się.
Za nim stał sąd w całym komplecie, a zgryźliwy prokurator, zobaczywszy pantofel na stole, rzekł:
— Oto corpus delicti37, materialny dowód nieograniczonej chciwości tego niegodziwca Łukasza.
A potem zwracając się do adwokata i stojącego za nim diabła, dodał:
— Róbcie z obwinionym, co chcecie. Nam już go ani sądzić, ani skazywać nie wypada!