Starzec dźwignął się z trudnością. Rozejrzał się. To jego własne łóżko, jego mieszkanie i jego szlafrok. Te same sprzęty i ten sam zapach asfaltu, którym wylewają chodnik przed domem.
Rzucił okiem na zegar. Szósta — i mrok już zapełnia pokój. Jest więc szósta wieczór. Ostatnia zaś godzina, jaką słyszał, była trzecia.
Co robił od trzeciej do szóstej?
Chyba spał...
Tak jest, niezawodnie spał, ale jakież przykre sny go dręczyły!...
Sny?
Jużci, chyba że sny... Niezawodnie, że sny!... Piekło, jeżeli istnieje, musi wyglądać całkiem inaczej, a jego towarzysze preferansowi nie pełnią tam prawdopodobnie obowiązku sędziów.
W każdym jednak razie sen ów był dziwny, dziwnie jasny, jakby proroczy, i głęboko wyrył się w umyśle pana Łukasza.
Ale czy to był sen?... Jeżeli sen, to w takim razie dlaczego pan Łukasz doświadcza w okolicy krzyża tępego bólu, jakby od uderzenia diabelskim kolanem?...
— Sen?... Nie sen!... Sen!... Nie sen!... — powtarzał sobie starzec i dla ostatecznego sprawdzenia swoich wątpliwości powlókł się do okna, włożył okulary i uważnie począł przypatrywać się śmietnikowi.