— Cóż to będzie, panie Bolesławie, kiedy my nie mamy sznurka? To chyba ty, Władziu, musisz biedną Bibi odnieść do domu.
— A może by ją można na szpagat? ... — spytał surowego dozorcy oszołomiony Władzio, po raz pierwszy zapominając o kolorze swoich rękawiczek.
— Można... można!...
W odpowiedzi na to przyzwolenie, płowowłosy nasz przyjaciel wykonał kilka ruchów w okolicach swej żakietki, a za chwilę ładna Bibi, kaszląc i opierając się, asystowała nam przywiązana do krótkiego szpagatu. Czas był wielki, bo już i ludzie poczęli się na nas oglądać.
— Woda!... woda!... Leje!... leje!... — wrzeszczał uradowany Franio, patrząc na rzewnie płaczącą fontannę.
— Franiu, bądź grzeczny! — upominała go siostra. — To pewno wodotrysk, panie Bolesławie? ... Ach, jaki piękny!...
Milczałem, nie tyle myśląc o wodotrysku, ile o szeroko otwartej gębie 20-letnieg0 Władzia w aksamitnej żokiejce7. Ludzie znowu gapią się na nas, panna Zofia znowu się rumieni... ja sam czuję pewne zakłopotanie... Szczęściem Bibi wydziera się z rąk swojego pogrążonego w kontemplacji przeciwnika...
— Łapaj, Władziu! ... — woła mama.
— Trzymaj, Władziu!... — powtarza panna.
Rozpoczyna się gonitwa, podczas której Bibi spod nóg jakiegoś dziecka wpada na ogon8 jakiejś damy, zaplątuje się sznurkiem o pałasz wojskowego, a w końcu dostawszy kijem od podeszłego jegomości, podkula ogon i z rezygnacją poddaje się ubezwłasnowolnieniu. Uważam, że spacerujące grupy poczynają serio zajmować się wypadkiem Bibi, garybaldką panny Zofii i żokiejką pana Władysława — co wszystko, razem wzięte, nie dodaje mi bynajmniej otuchy.