— Mamo, chodźmy dalej!... — prosi wysmukła Zosia.
— Idźmy — odpowiada mama — ale nie środkiem. Tu same elegantki spacerują, i spaliłabym się ze wstydu, gdyby na nas tak dłużej patrzali.
Odchodzimy w aleję na prawo i znajdujemy wolną ławkę. Około strzelnicy jakaś dziewczynka bawi się toczeniem obręczy, druga skakaniem przez sznurek, trzecia podbijaniem ogromnej piłki, a kilku chłopców bieganiem i wrzaskiem.
Jeden z nich, w ubiorze marynarskim, zbliża się do nas i pyta z ukłonem:
— Proszę pana, która też godzina?
— Trzy kwadranse na trzecią.
— Ach, jaki grzeczny chłopaczek! — szepce mama.
Marynarz zauważył Frania; chwileczkę popatrzali sobie obaj w oczy, wreszcie przybyły, zwracając się z powtórnym ukłonem do mamy, rzekł:
— Niech pani będzie łaskawa temu małemu pozwolić bawić się z nami.
— Owszem!... owszem!... Idź, Franiu, bawić się z tymi grzecznymi chłopczykami — odparła mama. — Ach, jakież cudowne dzieci są w tej Warszawie!