Pan Dobrzański poprawił stojącego czuba włosów i rzekł nieco ożywiony:
— Mówią na poczcie, że Francuz zaczyna się ruszać.
— Czegóż on chce?
— Jak to czego, mościa dobrodziejko?... — zawołał stary głosem pełnym energii. — Cóż to pani nie wie? Wojny chce...
— A nam co z tego?
Pan Dobrzański rzucił się na fotelu.
— Och, nie gadałabyś pani takich rzeczy przy dziecku! Co nam z tego? Nam wszystko z tego, i basta...
— Zobaczymy, zobaczymy — odpowiedziała mama.
— Rozumie się, zobaczymy!... — powtórzył stary z uniesieniem. — Tu niedługo ludzie przestaną w Boga wierzyć! — dodał.
Oczy mu błyszczały, a na zwiędłą twarz wystąpił silny rumieniec. Wziął w rękę nóż i począł dzwonić w talerz.