— W takiej chwili niezgoda!... panowie!... — błagała ich mama.
— Nie ma zgody z awanturnikami!... — mówił burmistrz, szukając czapki.
— Takich wymieciemy najpierwej!... — odpowiedział nauczyciel, zabierając się do wyjścia.
— A wy, stare dzieciaki!... — huknął proboszcz, podnosząc pięści. — Warchoły!... Sejmikowicze!... Jeżeli w każdym domu naszego kraju jest choćby jeden taki jak wy, to was nie tylko Francuz, ale Pan Bóg nie ocali, bo się sami pomordujecie.
Przeciwnicy zaczęli spoglądać na siebie bokiem.
— Nie moja wina, że pan Dobrzański nie panuje nad sobą — ofuknął burmistrz.
— Z prezydentem zawsze tak kończą się dysputy — odparł nauczyciel. — Zamiast chłodno badać sytuacją29, unosi się...
Dla otarcia potu z czoła wydobył kraciastą chustkę, a potem machinalnie tabakierkę.
— Każdy pogląd ma w sobie coś z prawdy i coś fałszu, i dlatego ludzie spierają się — mówił proboszcz. — Ale niesłychana rzecz, ażeby w takich czasach różnica zdań prowadziła do nienawiści i zemsty...
— Ja mściwy nie jestem, mnie wszyscy z tego znają — rzekł burmistrz.