— Zobaczysz — mówił każdej zimy — będzie...
— Na wiosnę? — przerywam, śmiejąc się.
— Na wiosnę?... Nie wiadomo; a może w czerwcu, albo w początkach lipca... Zobaczysz.
Otóż przed kilku laty był taki miesiąc, że mój przyjaciel, oprócz własnych politycznych kombinacji, począł mi znosić takie wiadomości, że mi od nich stawały włosy na głowie. Opowiadał mi, z miną tajemniczą i uroczystą, o jakichś nowych przymierzach i wojnach, cytując zawsze bardzo poważne źródła. Powieści swoje zaczynał zwykle w taki sposób:
— Dowiedziałem się dziś, przez trzecie osoby, od konsula niemieckiego...
Albo: — Słyszałem dziś, wprawdzie pośrednio, ale z ambasady francuskiej...
Niekiedy aż cierpłem. Gdym go zapytał: przez kogo odbiera podobne wiadomości, które w dodatku nigdy się nie sprawdzają? — podnosił w górę brwi i ramiona i odpowiadał:
— Nie mogę nawet ciebie objaśnić, dałem słowo...
Byłem pewny, że marnie zginie wśród nowych swoich stosunków, i dopiero wypadek przekonał mnie o źródle informacji Teofila.
Pewnego dnia zaprosił mnie Biedrzyński do restauracji, gdzie jadał od lat kilku. Wszedłszy do salonu, siedliśmy przy wspólnym stole, zajętym już przez grono młodych mężczyzn, ilem zauważył, bardzo wesołych, ale trochę złośliwych.