Uczułem taki dreszcz w wargach, żem musiał ścisnąć zęby.
— Więc — odezwałem się po chwili — może by zrobić jakiś krok pojednawczy?...
— Teraz nigdy, skompromitowałbyś się. Na pojednanie jest zawsze czas, więc najlepiej zrobić to na placu, po przyjściu do bariery bez wystrzału. Tak robią wszyscy dżentelmeni.
Uściskał mnie i wybiegł zamówić dwie karety. Drugą — „na wszelki wypadek...”
— Bodaj was pioruny zatrzasły! — mruknąłem, gdy już był za drzwiami. — Czego u diabła ten Biedrzyński jest taki nieugięty na punkcie honoru, gdy chodzi o mnie? Ja powinienem być nieugięty, a do niego należy mitygować26.
Nie powiem, żebym się bał, albo żeby rady mojego przyjaciela nie były słuszne. Ale jego zaciętość gniewała mnie; bo im więcej zachęcał do zgody, tym mocniej oburzyłby mnie na Steinberga i podniecił do walki.
W dzień pojedynku byłem spokojny, jak nigdy. Nie mogłem wyobrazić sobie, ażeby sprawa między dwoma ludźmi poważnymi, w towarzystwie czterech innych ludzi poważnych, miała zakończyć się tragicznie. Irytowałem się tylko zapasową karetą, którą mój przyjaciel ciągnął za nami na plac.
Bądź co bądź, około południa znaleźliśmy się wszyscy na polu walki, w pewnym zamiejskim parku.
Ukłoniliśmy się naszym przeciwnikom, oni nam, i spojrzałem po fizjognomiach. Steinberg sapał jak byk, Biedrzyński był blady i co chwila biegał między drzewa; ja zaś (mówię bez przechwałek) czułem się zupełnie spokojny. Spokój ten przeszedł nawet w dziwną apatię, gdym usłyszał stukanie nabijanych pistoletów.
Świadkowie wybrali plac na łączce, otoczonej gęstymi drzewami. Wymierzyli odległość i na barierze z mojej strony wbili w ziemię Murzynka. Był on zwrócony twarzą do mnie, i teraz dopiero spostrzegłem, że mu wypadło jedno oko...