— Już podpisaliśmy protokół. Marsz do bariery, każdy strzela po dwa razy. Jeżeli ci dobrze pójdzie, z pewnością na przyszłych wyborach zostaniesz członkiem zarządu, bo tego Steinberga nikt nie lubi. No, dobranoc ci, mój złoty!...
Pożegnał mnie rozpromieniony. Późno ległem spać, i przez całą noc śniło mi się, że spadam z wysokości. Nigdym się tak nie zmęczył we śnie.
Nazajutrz znowu odwiedził mnie Teofil. Doniósł mi, że już są dobre pistolety i chirurg, ale zauważyłem, że trochę stracił werwę.
— Głupi interes — mówił. — No, ale trudno... Musimy się strzelać...
— Może... — odezwałem się — może sądzicie, że powinienem zrobić jakiś krok?
— Nigdy! — zawołał Teofil. — Właśnie mówiliśmy o tym z majorem. Jeżeli zgoda jest możliwa, to tylko na placu, gdy przejdziesz do mety, nie strzelając za pierwszym razem.
— A... A jeżeli on...
— Przeprosi cię? Nie, on tego nie zrobi!
— Domyślam się. Ale... jeżeli on wystrzeli, nim dojdziemy do mety?
— O to bądź spokojny — rzekł Teofil. — On z pewnością będzie cię przetrzymywał... To wściekłe zwierzę, nie człowiek.